Mittwoch, 10. Februar 2010

ósma "a", mon amour

Książka którą kiedyś napiszę, będzie historią ósmej „a“. Ci, którzy tworzyli ósmą „a“, mają teraz ponad 30 lat. Czy są zadowoleni z życia? Co to w ogóle za pytanie... W tamtych czasach - w drugiej połowie lat osiemdziesiątych - w mieście, jeszcze wówczas wojewódzkim, Legnicy, nie zadawaliśmy sobie nawet pytań, czy jesteśmy zadowoleni z życia. Moja książka będzie historią ósmej „a“ na krótko przed obaleniem komunizmu, ale co nas wtedy obchodził komunizm. Gdy się oficjalnie skończył, byliśmy w szóstej klasie podstawówki, mieliśmy po trzynaście lat i zalążkową świadomość polityczną. To będzie opowieść o ósmej „a“, Ance, Matce, Szminie, Bazylu, Więcolu, Gośce i Marusiaku, o Skrzeku, Miętusie, Fylaku oraz o pewnym Tomku o niewdzięcznym przezwisku Sraka. To będzie opowieść o Boguśce z biednej rodziny, która była z nami jakoś do piątej klasy i o Marzence, którą męska część klasy odkryła w wieku dojrzewania. To będzie historia o naszych nauczycielach, matczynej pani Alinie od nauczania początkowego, o wychowawcy o przezwisku Jordan, który bardzo chciał zostać naszym kumplem, ale nie dał rady, i im bardziej my rośliśmy w siłę, tym bardziej on marniał, tak że gdy skończyliśmy podstawówkę, nie wziął na wychowawstwo już żadnej innej klasy, nie dał rady tudzież nie podołał, a doszły mnie nawet słuchy, że zaraz potem poszedł na rok urlopu zdrowotnego. To będzie też historia o Maciejewskiej, polonistce, której bezlistosnemu krytycyzmowi zawdzięczamy tak wiele, to również historia dyra - ale dyro otrzyma w mojej książce osobny rozdział, bo jemu taki rozdział należy się najbardziej - on pierwszy rozmawiał z nami jak z dorosłymi, to on sprawił, że nasz początkowy, graniczący ze strachem respekt - dyro nie dość że był dyrem, to jeszcze uczył matmy i podstaw logiki, chociaż nie obejmował tego szkolny program - w okolicach siódmej klasy przerodził się w uwielbienie. Będzie też o wrednej wicedyrektorce o długich tlenionych blond włosach, która nadużywała solarium - a pamiętajmy, że to były lata osiemdziesiąte i solaria w Polsce dopiero wchodziły - i przez to wyglądała jak suszona na słońcu makrela, pięknej i dowcipnej pani Piwowarczyk od muzyki, którą śmieszyły nasze wygłupy, choć i ona nie zawsze wytrzymywała nerwowo. Napiszę też o zabawach szkolnych, na których grał zespół pana Kubisia i roztańczonym dziesięciolatkom nieustraszenie przygrywał zakazane wówczas pijackie przeboje, z których jeden szczególnie utkwił mi w pamięci, a szedł tak: „Tyle mi zostało, co mi nakapało, jak przyjdzie milicja będzie prohibicja“, budząc przerażenie pań nauczycielek i rozbawienie komitetu rodzicielskiego, będzie też o tym, jak Gajda puścił kiedyś na gegrze śmierdzącą bombę z siarkowodoru - jego stary pracował chyba w hucie miedzi - i o tym, jakie mieliśmy ksywki. Nie było ich dużo i może dlatego się je pamięta. Najśliczniejszy chłopiec w klasie - ten sam, do którego napisałam pierwszy list miłosny, gdy tylko nauczyłam się pisać - nazywał się Marusiak i dlatego ktoś zaproponował Siusiak, żeby było do rymu. Ale nie przyjęło się, bo jednak jakoś do niego nie pasowało, to raz, a dwa, byliśmy młodzieżą mimo wszystko dość wyrafinowaną. Będzie też o koleżance noszącej mocną ksywkę Rozklepicha, córce lekarza. Będzie też o moim pierwszym przyjęciu u tejże córki lekarza, gdzie po raz pierwszy w życiu widziałam niemieckie Bravo i oglądałam film na wideo - to był Commando z Arnoldem Szwarcenegerem i nigdy go nie zapomnę. 

Anka Pociejkin powie pewnie: nie, no co ty, to wszystko było przecież zupełnie inaczej. Anka ma teraz trójkę, jeśli nie więcej, dzieci i mieszka z mężem, też z naszej klasy, pod Wrocławiem, ale to będzie w porządku, gdy Anka tak powie, Ance wolno, bo Anka zawsze musiała się ze mną nie zgodzić, chociaż byłyśmy najlepszymi przyjaciółkami. Anka insynuowała na przykład swojego czasu, że widziała, jak turlałam się na trawniku z Krzyskiem Krzemińskim, co nie jest prawdą, właściwie napiszę tą książkę głównie po to, żeby sprostować to pomówienie, bo nigdy nie leżałam na trawie z Krzyśkiem Krzemińskim, a on mi nigdy nie podnosił żadnej bluzki, jak do dziś sugeruje Pociejkin Anka. Bluzkę podnosił mi kto inny, zresztą znacznie później, dopiero przed maturą, ale to temat na zupełnie inną książkę. 

0 Kommentare:

Kommentar veröffentlichen